OBSESJA JEST KONIECZNA – Rozmowa z Maciejem Miliszkiewiczem

TRZEBA JĄ TYLKO KONTROLOWAĆ

Wspominałeś kiedyś , że popadłeś w fotograficzną obsesję i brzmiało to poważnie – nie jako wyolbrzymienie. Jak to się zaczęło?

Dostałem aparat. Bardzo fajne narzędzie, dające efekt instant. To nie jest pisanie, gdzie trzeba zamknąć jakąś całość, to nie jest muzyka, gdzie , no wprawdzie można sobie coś pobrzdąkać, ale żeby mieć konkretny efekt to trzeba nauczyć się grać jakiś cały utwór. W fotografii po prostu pstrykam i mam zdjęcie.  

Bardzo szybko mi się to spodobało, mogłem od razu oglądać efekty swojej pracy, analizować je i fotografować dalej, wykorzystując doświadczenie z tego, co zrobiłem. No i nakręciło się takie koło, że każdą możliwą okazję, a miałem aparat zawsze przy sobie, wykorzystywałem żeby robić zdjęcia, szczególnie podczas podróży.  

Fot. Maciej Miliszkiewicz
Fot. Maciej Miliszkiewicz

Jeszcze kilka lat temu jeździliśmy z żoną na dwu, trzytygodniowe podróże gdzieś daleko, do Azji czy Ameryki. Można sobie wyobrazić, że jak się jest z drugą osobą w podróży i zrobi się dziesięć tysięcy zdjęć, to raczej spędzi się z nią dosyć mało czasu. Ta druga osoba będzie po prostu gdzieś tam… obok.  

Mimo wszystko robiłem bardzo dużo zdjęć i poświęcałem temu całą swoją uwagę. Również w domu, gdy siedziałem, przeglądałem i analizowałem fotografie. Wcześniej zajmowałem się innymi kreatywnymi rzeczami – pisałem, robiłem muzykę, ale mam wrażenie, że to zdjęcia zacząłem robić naprawdę konsekwentnie, poświęcać się temu i widzieć tego efekty. Co chwila coś się zmieniało, był progres. Stawałem się bardziej dojrzały w fotografii, bardziej doświadczony.  

To był moment, na który czekałem kawał życia, że w końcu będę mógł wyciągnąć na wierzch prawdziwego siebie, który gdzieś tak tkwił pod tym informatykiem, którym jestem zawodowo, pod jakimiś innymi codziennymi rzeczami. No i na tyle skupiłem się na swoim ego, że zaniedbałem najważniejsze czyli swoją relację i na koniec ją straciłem.

To oczywiście nigdy nie jest wina jednej rzeczy, jak aparat fotograficzny, natomiast mówiąc o obsesji, mówię o tym, że było to mocno egoistyczne. Zobaczyłem, że w fotografii mogę odkryć samego siebie, zostać w końcu docenionym. Musiało mi tego brakować, bo pobiegłem za tym wyimaginowanym sukcesem jakby to była najważniejsza sprawa na świecie. 

Nie miałeś ochoty porzucić fotografii, skoro stwierdziłeś, że za bardzo cię wciągnęła? 

Był taki moment, że ona mnie wciągnęła jak narkotyk. Jak ludzie są uzależnieni, to poświęcają całą swoją uwagę, energię by wstrzyknąć coś, przyjąć kolejną działkę czegoś, co w jakichś sposób ich uleczy, zrobi im dobrze. No i problem polega na tym, że to jest samonakręcający się mechanizm, z którego coraz ciężej się wydostać.  W tym sensie moja fotografia była jak narkotyk. 

Przestała być? 

Skończył się mój związek, co było kubłem zimnej wody. Zrozumiałem, jak ta fotografia wpływała na mnie. I zrozumiałem, że to wcale nie o nią chodzi. A o to z jakich pobudek ją robiłem. Zmieniło się moje podejście, nie porzuciłem jej, wciąż fotografuję, ale już nie z taką intensywnością. I przede wszystkim nie z myślą o tym, że jest ona jakimś środkiem do tego, by być docenionym.  

Ciekawe jest to, że w czasie tej obsesji miałem już jakieś zewnętrze sygnały, że moja fotografia jest doceniana, ale ani nie miałem popularnego Instagrama, ani nie wygrałem żadnej nagrody, nikt ze mną też nie przeprowadził wywiadu, ale miałem  wyobrażenie, że gdyby coś takiego się stało, to na pewno czułbym się jakoś niesamowicie, na pewno pojawiłby się jakiś wielki haj i wielkie samospełnienie.

No i co zabawne, to przez ostatnie miesiące działy się te rzeczy, bo raz, że na Instagramie mam bardzo duży i fajny feedback, dwa pojawił się Tymon Markowski ze Street Photo Poland i przeprowadził ze mną wywiad,  później wybrali moje portfolio do pokazania na StreetMeet, itd.… zaczęło pojawiać się dużo owoców tej mojej pracy nad fotografią, o których wcześniej marzyłem.  Cieszę się z tego, ale jak się okazuje, to wcale nie jest taki haj jak sobie go wyobrażałem.

Fot. Maciej Miliszkiewicz
Fot. Maciej Miliszkiewicz

David Gibson w „Street photographers Manual” napisał, że obsesja w fotografii ulicznej jest konieczna. 

No myślę, że tak! Na pewno! Dzięki temu powstają dobre fotografie, kiedy człowiek przestaje się zastanawiać i robi to, co podpowiada mu intuicja. Wtedy człowiek w ogóle kreuje różne rzeczy, nie tylko w fotografii.  

Ta obsesja… można ją mniej lub bardziej kontrolować. Ja tę swoją obsesję na całe życie przelałem… ale to chyba było za dużo obsesji. 

Otaczasz się fotografią, żywisz się nią, jest obecna w każdym aspekcie twojego życia? 

Tak. Nawet przez ostatnich kilka miesięcy kiedy bardzo mało fotografowałem, to mam poczucie, że wciąż tę fotografię lubię, potrzebuję jej i nadal będę robił zdjęcia. Staram się więc na bieżąco, mimo wszystko, do niej motywować. Na przykład książki fotograficzne mam zawsze na stoliku przy kanapie, gdzie jak usiądę w ciągu dnia, nawet na piętnaście minut, żeby się zrelaksować, to po prostu biorę je do ręki i sobie przeglądam. Cały czas się więc napełniam jakimś materiałem, który któregoś dnia znowu gdzieś tam wystrzeli i jak już wezmę aparat do ręki, to nie będę się zastanawiał nad niczym tylko zacznę fotografować. 

DZIURKA W KADRZE

Na spotkaniu Street Meet pokazywałeś swoją serię zdjęć z dziurką. Jak powstały? 

Zaczęło się od tego, że musiałem przemieścić się z Tbilisi w Gruzji do Erywania w Armenii. Środki transportu w tamtej okolicy to takie dwudziestoletnie rozpadające się busiki. Najczęściej nie mają pasów bezpieczeństwa, według dowodu rejestracyjnego powinno być tam maksymalnie osiem osób, a siedzi trzynaście, są dostawiane rybackie foteliki, na których ludzie siedzą 6 godzin, kierowca często jedzie górską drogą sto dwadzieścia na godzinę, kierownicę trzyma jedną ręką, albo wcale, pali peta, gada przez telefon, wyprzedza na trzeciego, więc jest to wielka przygoda. Ale musiałem tą marszrutką pojechać – to była jedyna możliwość. Wsiadłem więc. Tym razem marszrutka nie miała większego obłożenia, więc z tyłu, gdzie usiadłem, nie miałem nawet z kim gadać. Nudziłem się. Szczęśliwie, między Tbilisi i Erywaniem są piękne widoki, krajobrazy, a ja bardzo lubię fotografować przez okno, jak gdzieś jadę. Tam gdzie siedziałem, miałem w oknie ciemną osłonę przeciwsłoneczną, ale była w niej wydrapana mała dziurka. Nie przejąłem się tym zbytnio i pomyślałem, że będą fotografował przez nią. Nawet nie zastanawiałem się czy coś tego wyjdzie. Zrobiłem parę próbnych zdjęć, zobaczyłem jak to wygląda, no i potem przez całą drogę pstrykałem. Zrobiłem przez sześć godzin tysiąc trzysta zdjęć. To było trudne, bo marszrutka gna czasem te sto dwadzieścia na godzinę, drogi tam są dziurawe, więc cały czas podskakiwałem. Nie miałem pasów,  więc nie byłem unieruchomiony, często waliłem głową w szybę, uderzałem aparatem, stłukłem sobie też filtr UV na obiektywie.  

W efekcie bardzo często te zdjęcia były poruszone, bardzo często nie trafiałem w cel, ale starałem się intuicyjnie szukać obiektów, niestety szybko przemijających i przy tym próbować zachować jakąś kompozycję. W paru przypadkach nawet mi się to udało i to są te które wybrałem do cyklu z marszrutki.  

Jak tę dziurkę wykorzystywałeś w swoich zdjęciach?

Ta dziurka po prostu tam była. Starałem się, żeby po prostu znalazła się w kadrze.

Cały czas zmieniało się oświetlenie. Raz – jechaliśmy od ósmej rano do jakiejś czternastej, piętnastej. Musiałem więc cały czas zmieniać ustawienia aparatu, żeby nie mieć zbyt jasnych i ciemnych zdjęć. Osłona przeciwsłoneczna na szybie o parę przesłon nie doświetlała mi zdjęcia, a ta dziurka wpuszczała mnóstwo światła. W części przypadków zdarzało się więc, że trafiałem nią w jakieś fajne obiekty i one były całkowicie prześwietlone, a reszta była naświetlona normalnie.. Czasem wszystko było ciemne, a tylko przez dziurkę widać było fragment rzeczywistości.

Często nie byłem w stanie tego kontrolować, ale pomyślałem, że może zdam się na efekt, który sam wyjdzie dzięki niej, a wyszedł chyba całkiem fajny.

FOTOGRAFIA I ZEN 

Jakbyś miał się opisać – to kim jesteś? Fotografem, analitykiem?

Od kilku lat jestem praktykiem Zen, a podstawą praktyki Zen jest zadawanie sobie pytania  -”kim jestem?” żeby pozbyć się opinii na własny temat. Im więcej człowiek ma sam o sobie opinii, z im większą liczbą rzeczy się utożsamia, tym bardziej staje się zamknięty na świat. 

Ale wracając do rzeczywistości – na co dzień jestem informatykiem – to mi daje pieniądze, czasem też satysfakcję, ale to fotografia pozwala mi się kreatywnie wyżyć, wyrzucić coś z siebie.  U mnie w rodzinnym domu wszyscy są humanistami, ja jako informatyk jestem więc czarną owcą, ale humanizmem jestem przesiąknięty, więc może jednak jestem fotografem?

Na pewno jestem osobą, która lubi coś kreować- za fotografię wziąłem się trzy lata temu, wcześniej na przykład bawiłem się w robienie muzyki elektronicznej. Był moment, że też trochę pisałem – teraz to się łączy na Instagramie , bo zdjęcia publikuję z opisami, przynajmniej moim zdaniem, dowcipnymi. 

Ale jak mam wybierać, to teraz jestem fotografem – zawsze mam przy sobie aparat i nawet jak nie robię zdjęć, to wiem że tam jest i zawsze mogę po niego sięgnąć.  

Fot. Maciej Miliszkiewicz
Fot. Maciej Miliszkiewicz

Pomagają ci w fotografii doświadczenia z  innymi kreatywnymi dziedzinami? 

Na pewno robienie muzyki mi pomogło. Zawsze mnie fascynowała improwizacja, to że ludzie mają czasami w głowie jakieś melodie, skale muzyczne, siadają do pianina i  po prostu bawią się tymi klawiszami i przychodzi im to samo.  

Jak zaczynałem robić zdjęcia, to nie miałem w głowie jakiegoś konkretnego obrazu, po prostu improwizowałem, szukałem rzeczy, które można ze sobą połączyć. Począwszy od ludzi, emocji, przez kształty, kolory. Później też doszły do tego rzeczy znane mi z pisania, budowanie historii, dynamiki.

Najpierw dowiedziałeś się o fotografii ulicznej i zacząłeś chcieć ją robić, czy było odwrotnie – robiłeś zdjęcia, które okazały się fotografią uliczną?

To drugie – moje zdjęcia okazały się fotografią uliczną. 

Aparat dostałem na trzydzieste urodziny. Pierwsze, co zrobiłem, to zacząłem go testować. Pamiętałem jak wielu ludzi z mojego otoczenia fascynowało się fotografią, i jak denerwowało mnie, że obchodzi ich głównie techniczna jakość tego medium, nic nie znaczące piksele, a na samych zdjęciach nie było nic ciekawego – kwiatki, własne dzieci, czego oczywiście nie demonizuję, ale nie było w tym nic czym można zainteresować kogoś poza własną rodziną. Trochę więc na przekór zacząłem fotografować wszystko inne, co nie wpadało w ramy żadnego gatunku, a po drodze dopiero uczyłem się tej warstwy technicznej.  

I nagle zorientowałem się, że jak tak biegam po ulicy z ADHD pięć godzin z rzędu robiąc zdjęcia, to nie jestem sam, że więcej ludzi to robi. Zacząłem się więc z nimi utożsamiać i z początku powiedziałem sobie „wow jestem streetowcem”. Bardzo szybko jednak się od tego uwolniłem, bo okazało się, że wciąż jest to jakiś zamknięty gatunek, a ja chyba wychodziłem poza ramy streeta robiąc zdjęcia w domu, albo takie bez ludzi, z samymi kolorami, kształtami. Odrzucali mnie też ludzie, którzy bardzo „pielęgnują” czystość gatunku. Dla których street to na przykład tylko ludzie i emocje, a ja tego nie robiłem. Porzuciłem więc nazwę „fotografia uliczna” i zacząłem fotografować to, co chcę.  

To co chcesz fotografować? Co jest na twoich zdjęciach?

Moje zdjęcia pojawiają się bardzo spontanicznie. Biorą się z jakichś wzorców wizualnych, które mam gdzieś w głowie. Mam je, bo ogrom dzieciństwa spędziłem w muzeach – chodząc po salach z moim ojcem, oglądając obrazy – po prostu zacząłem je wchłaniać. Potem, gdy zainteresowałem się fotografią, dla odmiany oglądałem klasyczne, najlepsze zdjęcia – np. fotografów agencji Magnum, której całe archiwum jest dostępne w sieci.  

Trudno jest więc powiedzieć, że czegoś szukam na ulicy. Raczej jest tak, że idę i spontanicznie w głowie coś się łączy i wtedy podnoszę aparat. Napełniony obrazami chodzę i improwizuję, nie szukając konkretnych rzeczy – dlatego, jak ktoś zajrzy na mojego Instagrama, znajdzie tam fotografie w każdym stylu. Jedne z fleszem, bardzo kontrastowe, inne płaskie, ale kolorowe, na innych geometria z czymś się łączy, na innych jest dużo ludzi – wszystkie style.  

Fot. Maciej Miliszkiewicz
Fot. Maciej Miliszkiewicz

Reagujesz wyłącznie spontanicznie? 

Zdarzało się, że znalazłem sobie miejsce i siedziałem 45 minut w krzakach i czekałem aż właściwa osoba przejdzie i połączy się z jakimś elementem, światłem i tak dalej – mam parę takich zdjęć. 

Najczęściej jednak to jest chwila gdy idę, zauważam, że coś się dzieje i robię zdjęcie. Czasem jeszcze śledzę kogoś na ulicy przez 2 minuty, bo wiem, że coś może się zdarzyć, albo ktoś jest ciekawie ubrany lub ciekawie się zachowuje. W większości przypadków to są jednak spontaniczne decyzje i sam bardzo często nie wiem, co dalej może się zdarzyć. 

Jak analizujesz swoje zdjęcia? 

Jak jeszcze mocno się uczyłem fotografii i odkrywałem coś ciekawego, np. przejście światła i cienia na ulicy, to, mimo, że nie działo się tam nic wyjątkowego, fotografowałem pod różnym kątem to światło i cień, przeeksponowane, niedoeksponowane, żeby zobaczyć jak to się zachowa. Fotografia cyfrowa daje tę możliwość. Na kliszy ta zabawa niekoniecznie miałaby sens. Oglądałem te zdjęcia później i widziałem co się zdarzyło, ruszałem suwakami w Lightroomie i tak dalej. 

Po jakimś czasie robiłem mniej tych „technicznych” zdjęć, ale nadal fotografowałem dużo. Mam tak, uważam, że szczęśliwie, że nie zastanawiam się, czy zrobić zdjęcie. Niektórzy mają taką blokadę kreatywną w głowie, myślą: „może to jest głupie”, „może tego nie robić”, ja się nie zastanawiam – podnoszę aparat i choć zupełnie nie wiem, co ja widzę w danej sytuacji, to mam jakąś intuicję, że mi się podoba, więc robię zdjęcia. Potem siedzę nad nimi, patrzę na nie, zastanawiam się o co mi tu chodziło, Mam wiele ujęć z różnych kątów i w różnych kompozycjach, patrzę, która daje większe napięcie, jak to na mnie wpływa, jak mój wzrok po tym wodzi. Nadal tak robię z tymi lepszymi zdjęciami, z doświadczenia odrzucając te gorsze od razu. Ta analiza cały czas gdzieś tam jest. 

To siedzenie nad zdjęciami bardzo mi pomogło w procesie selekcji, dzięki temu szybko obrobiłem te zdjęcia z dziurką z marszrutki. Zrobiłem przez sześć godzin tysiąc trzysta zdjęć i tego samego wieczoru zostało mi sto pięćdziesiąt wartych uwagi. 

Fot. Maciej Miliszkiewicz
Fot. Maciej Miliszkiewicz

Wracałeś do tego później? 

Z tą selekcją zawsze jest tak, że najpierw wyrzucam to, co się w ogóle technicznie nie nadaje, zostawiam na drugi rzut zdjęcia, które są fajne, albo mają jakiś potencjał, ale nie czuję jeszcze, o co w nich chodzi, więc zostawiam, by później przyjrzeć im się minutę dłużej. I tak w każdej iteracji, każdym przejściu zostawiam ich coraz mniej, aż zostają mi zdjęcia, które są naprawdę warte uwagi, mają fajną kompozycję, coś się na nich dzieje. I tak zostało mi te sto pięćdziesiąt zdjęć. Biorę pod uwagę, że mogę popełnić błąd podczas edycji, na przykład nie doceniając jakiegoś zdjęcia. I chętnie wróciłbym po czasie do tych tysiąca trzystu zdjęć, ale chyba… zgubiłem tę kartę.

Wspominasz od czasu do czasu Instagrama – to jest dla ciebie ciekawa platforma?

Kiedyś miałem też Flickra, ale nie miałem tam takiego feedbacku. Chciałem mieć fanpage na Facebooku, ale trudniej tam złapać kontakt z ludźmi spoza kręgu znajomych. Instagram jest bardziej anonimowy i szybko się okazało, że ludzie ze środowiska fotograficznego mnie tam śledzą, doceniają to co robię pisząc wiadomości, czy komentarze. Więc tam zostałem. Później zacząłem dodawać też opisy do zdjęć, czasem są to zwykłe emocje, opisy prawdziwych przygód, czasem zmyślone historie, czy jakieś anegdoty. To zbudowało inną relację z ludźmi oglądającymi te zdjęcia. Stałem się „człowiekiem” który wypowiada opinie, słowa, zmieniły się też wtedy te komentarze i wiadomości. Ludzie zaczęli do mnie pisać bezpośrednio, nie jako do anonimowego fotografa ukrytego za obrazkami, ale do realnej osoby. To tak działa.  

I dzięki instagramowi odezwał się do mnie m.in Tymon Markowski ze Street Photo Poland. A dzięki Tymonowi teraz też tu siedzimy. 

I ty mówisz, że jesteś czarną owcą w humanistycznej rodzinie, ścisłowcem, informatykiem… 

Z zawodu tak… na co dzień jestem analitykiem biznesowym w banku. Zajmuję się systemami informatycznymi. Robię to od 14 lat, po 8 lub więcej godzin dziennie. To kawał życia, trudno więc, żebym nazywał się zawodowym humanistą. A, że gadam tyle o tej fotografii? To tylko zwykła obsesja.

_____________________________________________________

Z Maciejem Miliszkiewiczem rozmawiał Michał Matus

A prace Maćka znajdziecie pod tym adresem: https://www.instagram.com/mmiliszkiewicz/?hl=pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *