Gdyby ta szafa robiła najlepsze zdjęcia, woziłbym ją ze sobą – rozmowa z Maciejem Taichmanem

Wcześnie zacząłeś fotografować? 

Ojciec zawsze robił zdjęcia – zupełnie amatorsko. Zacząłem więc z ojcem. Na początku był stary plastikowy aparat Ami, potem Wilja electro- to był dla mnie szczyt marzeń! O Zenicie nie miałem co marzyć, o Pentaconie Six nie mogłem marzyć, to było poza moim zasięgiem. To był początek lat 80 – kryzys totalny. Za filmami Orwo stało się w kolejce, długo czekało się na wywoływacz – ciężko było z tym wszystkim. Gdy miało się dwa, trzy filmy to człowiek to szanował.

fot. Maciej Taichman
fot. Maciej Taichman

Jak się zaczyna fotografować profesjonalnie z Wilją w rękach?

Zanim zacząłem fotografować profesjonalnie minęły lata! Właściwie do rozpoczęcia studiów po prostu co jakiś czas robiłem filmy, wywoływałem je sam, ale nic więcej. Miałem jednak tę bazę i w końcu na studiach, mimo, że studiowałem historię – wszystko ruszyło – zainteresowałem się modą. 

Wtedy w Empikach pojawiły się pierwsze Vogue’i. Nie znając żadnego języka poza polskim i rosyjskim, kupowałem Amateur Photographer i niemieckie Color Foto, na które musiałem długo odkładać jako student. Słowo po słowie ze słownikiem czytałem każdy artykuł. W polskiej prasie nie było nic, co mogłoby mnie czegoś nauczyć. Nie było u nas też materiałów, nie mieliśmy żadnej wiedzy o dobrych wywoływaczach, bo nie było ich u nas. Gdy w końcu zaczęły się powoli pojawiać, nie było wiedzy. 

Szło się na wystawę, oglądało przepiękne odbitki i człowiek przed nimi klękał „Jezu jaka czerń! Nieprawdopodobna – zimna!”, a jak się robiło odbitki czarny był ciepły! I się człowiek zastanawiał  – jak to zrobić żeby czarny był zimny! Dopiero w zagranicznej prasie okazywało się, że to trzeba taki a nie inny papier, w takim a nie innym wywoływaczu wywoływać i był kłopot, żeby to wszystko zdobyć i sprowadzić. 

Wtedy założyłem firmę, działałem profesjonalnie. Profesjonalnie – wówczas znaczyło na diapozytywie. Nie było miejsca na błąd. 

I jak ktoś mnie teraz pyta o to, dlaczego nie robię już analogowo – macham ręką. 

Fotografia to jest obraz – to, co mamy na końcu do pokazania. Cała technika jest ważna, szczególnie dla mnie, na jej punkcie jestem zakręcony, ale zawsze kończymy na obrazie. Nieważne jest jak go uzyskamy. Fotografia analogowa dużo mi dała, ale nie wróciłbym do niej. 

Dała mi choćby to, że nie kadruję zdjęć – wyniosłem to z diapozytywów, gdzie nie było możliwości kadrowania. Trzeba było oddać diapozytyw – to brał klient i koniec. 

Kontrola nad światłem, nad kolorami – diapozytywy uczyły takiego rygoru, jaki dziś jest niewyobrażalny. To jest twarda szkoła, która uczyła techniki tak, że teraz ja się nad nią nie zastanawiam, ale nigdy bym do tego nie wrócił. 

Teraz jest tak pięknie. Wystarczy wziąć Sony A7RII i ma się lepsze pliki niż z Mamiyi RZ67, więc po co się wysilać, po co męczyć. 

fot. Maciej Taichman
fot. Maciej Taichman

Są fotografowie, którzy wybierają wielki format zamiast szybkiej lustrzanki, bo nie da się nim pracować szybko i pozwala im to na inny stopień skupienia – nie przekonuje cię to?

Nie. Jedyny sens w analogowej fotografii jaki dzisiaj widzę, to praca wielkim formatem – z plastyką i głębią ostrości niedostępnymi dziś dla cyfry i robienie z tego odbitek stykowych. Mamy wtedy prawdziwy materiał światłoczuły, który jest świadkiem tej konkretnej uwiecznionej chwili – to jest fajne, i jak robimy z tego dobrą odbitkę – wtedy jest sens.  

Uwielbiam spowolnienie, ale zamiast analoga wybieram po prostu manualne obiektywy, zafiksowanie na jakość. Mi tego momentu uspokojenia nie brak, bo nie jestem reporterem. Niby można się analogami bawić, ale mnie to nie przekonuje, bo na końcu i tak jest obraz i to on przemawia. Dojście do tego samego obrazu analogiem jest bardziej skomplikowane. 

Skoro to o efekt ostateczny chodzi, to co jest dla ciebie tą najważniejszą rzeczą w całym procesie fotografowania, dla której poświęciłbyś inne?

Jakość obrazu. Dużo się u mnie w tym zakresie zmieniło. Definitywnie jakość obrazu na końcu.

Nie obchodzi cię ergonomia sprzętu?

Jakby ta szafa robiła rewelacyjne zdjęcia, robiłbym je tą szafą, woził ją ze sobą. To jest może ekstremalne podejście, ale to nie przypadek. 

W 2009 roku zdarzyło się coś, co stało się trwałą zmianą we mnie i już z tym zostanę. Piszę zresztą o tym w swojej książce, która w miarę pisania staje się coraz bardziej poważna. Fotografowałem wtedy Canonem, poszedłem na zlecenie do firmy Sony i miałem fotografować wieże stereo. Z kolegą wzięliśmy całe wielkie walizy, pełno L-ek. Robimy stereo, odtwarzacze, a pan z salonu proponuje, żeby ich alfą 900 zrobić zdjęcia. Kolega trochę to obśmiał, ale jak on zaczął fotografować, ja wziąłem do ręki ten aparat i przeszedłem się po salonie i tak sobie pykałem jakieś zdjęcia. Po 5 minutach byłem w szoku, że ten aparat jest tak dobry. Dałem koledze, on po chwili mówi – zabierz go ode mnie, bo się przyzwyczaję! Później w domu oglądam zdjęcia, które robiłem na automacie koledze gdy szedł korytarzem i patrzę, a tam każda igiełka zarostu wyraźna, a czas 1/8 sekundy. Aparat miał wtedy stabilizację matrycy, a obiektyw zeissowski. Nie trzeba było mi nic więcej – w ciągu tygodnia sprzedaliśmy cały canonowski sprzęt i kupiłem Sony z obiektywami Zeissa. I z tamtego okresu 2009-2011 mam najlepsze zdjęcia. 

W końcu jednak Canon zrobił się lepszy do kręcenia filmów, a my jako firma robiliśmy więcej filmów, więc wróciliśmy do Canona. Sprzedając Sony i pakując go do paczki mój kolega prawie płakał. Mówił: ”Maciek, ale wiesz, że już nigdy nie zrobimy dobrych zdjęć?”.

Minęły lata, robiliśmy wszystko Canonem i zdjęcia z lat 2011-2015 są do wyrzucenia. Miałem fajne modelki, fajne sesje, dobre warunki, ale to jest dla mnie nie do pokazania. Po prostu jakość jest zła.  

W końcu wypracowałem sobie zasadę „cyfrowego negatywu”: Rób wszystko by ten „cyfrowy negatyw”, ten plik wyjściowy był jak najwyższej jakości. Nie wiadomo, czy zdjęcia, które robisz, nie będą kiedyś mega ważne. Nasze podejście do fotografii już zrobionych zmienia się z czasem. Daj maksimum kasy na najlepszy sprzęt na jaki cię stać, bo nie wiesz czy za 10 lat nie będziesz chciał do tych zdjęć wrócić. Jak robiłeś je w dobrej jakości – jesteś uratowany. Szanuj swoją pracę, szanuj siebie. Angażujesz się w to – robisz sesję, przygotowujesz się i jeśli masz ten dobry sprzęt to masz ten cyfrowy negatyw.

fot. Maciej Taichman
fot. Maciej Taichman

Jak dbasz o ten cyfrowy negatyw i jego jakość?

Musisz zrobić wszystko aby naświetlone zdjęcie było jak najwyższej jakości. Najmniejsza możliwa czułość, prawidłowy pomiar mieszczący się w rozpiętości tonalnej matrycy – pomiar światła, ekspozycja ze statywu jeśli jest potrzebna no i bardzo dobry obiektyw. 

W fotografii, która jest techniczna nikt nie jest mądry do końca. Jak czegoś sam nie spróbujesz, nie będziesz wiedział. Kamera jest drugorzędna, liczy się rozdzielczość, wiadomo, ale to obiektyw rysuje ten obraz. 

Kiedyś żyłem w innym świecie – czytałem artykuły, widziałem, że ten obiektyw, a nie inny daje tyle a tyle linii na milimetr – jakość wydaje się świetna – super! Kupujesz taki obiektyw, potem kolejne – 24, 35, 50 milimetrów i jesteś zadowolony. 

I taki był mój stan wiedzy, ale w 2011 roku przeżyłem szok. Pojechałem do Leiki do Krakowa przetestować Monochroma. To był listopad, godzina osiemnasta, ciemno – świetne warunki do testów! No i dostałem aparat, za 30 tysięcy, z takim małym obiektywikiem co 1,3 cm odstawał od korpusu, nie było go nawet jak chwycić. To był najtańszy obiektyw Leiki z mocowaniem M, z lat siedemdziesiątych (Summicron-C 40 mm f/2). Jeszcze mi Piotrek z Leiki mówi, żebym dał korekcję na -0.7 ev. Nie dość, że jest ciemno, to ma być jeszcze ciemniej!

No i chodziliśmy tak z kumplem po pubach, robiliśmy tam to, co można było zrobić, jakieś przedmioty na stolikach i tak dalej. Wracamy do domu – patrzę na zdjęcia i nie mogę uwierzyć. Nie dość, że jakość świetna, to jeszcze analogowy look. Na zdjęciu byle jakiego kwiatka nagle zachwycasz się bąbelkiem w szkle wazonu, meszkiem na tulipanie. Wtedy to zrozumiałem. Zrozumiałem, że obiektyw nie musi być wielki i wtedy właśnie przeszedłem na Voigtlandery – szukając tego leikowego looku. Okazało się, że rozdzielczość to nie wszystko. Zauważasz, że z takiego czterdziestoletniego obiektywu masz z jednej strony rewelacyjną ostrość, a z drugiej np. nieostrości są dziwne. Dla porównania – taki Sonnar 55 mm Zeissa do Sony – standard – on jest przezroczysty, obraz jest perfekcyjny i przez to nudny. Taki czterdziestolatek potrafi wprowadzić do zdjęcia coś „od siebie”, coś co nie jest „przezroczyste”. 

Szykując się do sesji – wybierasz obiektyw pod kątem obrazowania, czy masz swój dream team szkieł, który zabierasz ze sobą zawsze. 

Jak zacząłem podchodzić do obiektywów inaczej i mieć trzy trzydziestki piątki, trzy pięćdziesiątki i  dwie siedemdziesiątki piątki, to nagle zrozumiałem jaki jest fun w tym, że możesz te obiektywy dobierać. Co więcej – ty musisz je poznawać. To nie jest tak, że kupujesz sobie systemowy najlepszy obiektyw i już. 

Masz Voigtlandera 50 mm f/1.1 i jest zupełnie inny niż 50 mm f/1.5 i jeszcze inny jest Nokton 50 mm f/1.2. Pokażesz to laikowi i on zobaczy różnicę – trzy różne zdjęcia. Niektórych obiektywów nie zrozumiałem od razu. Dostałem kiedyś do testów ten, który teraz jest moim ulubionym Voigtlanderem i każdemu go polecam, ale nie poznałem się na nim od razu. Nokton 40 mm f/1.4 classic. W rogach był nieostry, nie chciałem nawet pisać jego testu. Minął jakiś czas i mój kolega przyniósł mi zdjęcia i spytał co o nich myślę. To był portret dziewczyny z bujnymi włosami, dużą fryzurą. To co w centrum, twarz dziewczyny, było ostre, wszystko poza centrum – odjechane! I o to chodzi w Classiku. Jak ma się taki obiektyw, to trzeba mu zrobić warunki, żeby pokazał się z dobrej strony. Wiedząc, że ciekawie zachowuje się pod światło i spada kontrast, bo nie ma doskonałych powłok, robię zdjęcia tak, żeby pracował właśnie pod światło. Po jakimś czasie zauważyłem, że małe bliki, światło świecące przez liście –  to są obiekty dla niego – wiem, że on to świetnie zrobi. Obiektywy trzeba poznawać, i to nie trwa miesiąc. 

Mój ulubiony zestaw do pracy z pełna klatką to Voigtlander APO Lanthar 65 mm f/2 i Voigtlander Nokton 35 mm f/1,2 Aspherical II uzupełniane przez Nokton 40 mm f/1,4 Classic SC i Nokton 50 mm f/1,2. Natomiast do pracy w średnim formacie – z kamerą Fujifilm GFX cenię sobie szkła Fujinon 50 mm f/3,5 i 110 mm f/2 oraz konstrukcje egzotyczne, których można używać przez przejściówki lub przez takie rozwiązania jak Cambo Actus, obiektywy systemu Mamiya 645 – niezniszczalne mimo wielu lat użytkowania czy wielkoformatowe szkła Schneider Kreuznach czy Rodenstock.

fot. Maciej Taichman
fot. Maciej Taichman

Patrzysz na obiektyw pod kątem jego wad optycznych, które możesz wykorzystać?

Nie chodzi o to żeby szukać wad, ale mieć świadomość jaki obiektyw może dać obraz. Wiele razy możemy się zaskoczyć. Kiedyś wpadł mi w ręce Voigtlander Heliar 50mm f/3.5. jest dziwny, wąski z przodu. Jak go założysz na aparat, wyglądasz jak półgłówek. Zrobiłem zdjęcie – coś było z nim nie tak. Wczytałem się, sprawdziłem o co chodzi. Okazało się, że Heliar z 1900 czy z 1901 roku to był pierwszy obiektyw Voigtlandera pozbawiony aberracji chromatycznej. Zastosowano naprzemiennie soczewki z różnych gatunków szkła. Zrobiłem zdjęcie jakichś kryształów i mi nie pasowało, że nie ma aberracji. Powinno się pojawić coś pod światło, jakieś fioletowe zafarby – nic! Na pierwszy rzut oka – ciemny, dziwny obiektyw – kto by go chciał?! A jednak ci, co go zaznali, nie poznali, ale zaznali obcowania z nim – wiedzą, że to są obrazy gęste, to trudno opisać! Liczy się to „coś” co obiektyw sam od siebie dokłada do interpretacji rzeczywistości. Ta jego cecha szczególna, którą potem zdecydujesz się wykorzystać. Oczywiście cały czas jesteśmy w lidze obiektywów najlepszych…

Mam wrażenie, że możesz, jak sommelier winem, zachwycać się obrazowaniem obiektywu nie patrząc na treść zdjęć.

Nie do końca tak jest. Wiem, że mówię z zachwytem, bo są konstrukcje, które potrafiły we mnie wlać nowe siły w fotografii. Dlatego wiem, że co jakiś czas powinno się zmieniać sprzęt.

Zafiksowanie się na jednym systemie jest absurdem. Nowy sprzęt potrafi dać radochę. Praca na jednym systemie skończy się rutyną. Nie mitologizuję sprzętu. Wiem, że piszę blog i się tam  zachwycam sprzętem, ale nie jest to fetysz. To jest mega ważne, bo to są nasze narzędzia. 

Zawsze poszukujesz finalnego obrazu i nie ma znaczenia czy osiągniesz go tym obiektywem czy innym, ale w idealnej sytuacji, gdy masz już wszystko – pomysł na zdjęcie, miejsce, modelkę, zaangażowanych ludzi, słowem wszystko, co sprawi, że zdjęcie będzie dobre – to właśnie wtedy już jest różnica, czy zrobisz to tym obiektywem, czy innym. Chcesz, żeby obraz był bardziej marzycielski – weźmiesz taki obiektyw, chcesz żeby był bardziej perfekcyjny – weźmiesz inny. Ważne, żeby mieć kontrolę. 

fot. Maciej Taichman
fot. Maciej Taichman

Czyli masz obsesję nie sprzętu, ale kontroli nad ostatecznym efektem?

Tak! Nie chce mi się angażować, tracić sił, jeśli wiem, że nie będę mieć optymalnych rezultatów. No i tu dochodzimy do sedna i konkluzji, że po opanowaniu techniki i zgromadzeniu takiego sprzętu, który jest „tym jedynym” – pora zająć się fotografią. Najważniejsze jest bowiem to co znajdzie się przed naszym obiektywem i co zdecydujemy się sfotografować…


Z Maciejem Taichmanem rozmawiał Michał Matus. A więcej zdjęć oraz recenzje sprzętu fotograficznego naszego gościa możecie znaleźć na jego stronie internetowej

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *