Zwolnić do zera – rozmowa z Michałem Kortą

Powiedz kilka słów o swoich początkach w fotografii.

To było tak dawno. Mój kuzyn kiedyś – w dzieciństwie – powiedział, że chciałby być fotografem i że to jest “fajny” zawód. To był pierwszy raz, kiedy jako kilkuletni chłopak uświadomiłem sobie istnienie zawodu fotografa i pojawiła się taka myśl, że faktycznie może to być fajne. On został ostatecznie trenerem, ale chyba nie ma to znaczenia.

Później jednak nie miałem nic z fotografią wspólnego i nawet nie dążyłem do tego, aby coś z tym robić. Myślę, że byłem zbyt „grubo ciosany” jako dzieciak, daleko od potrzebnej wrażliwości żeby się tym zajmować. Dopiero jako nastolatek zacząłem przyglądać się mojemu wujkowi, który fotografował. Pamiętam, że nawet w ciemni wywoływaliśmy jakieś zdjęcia. Potem dostałem uszkodzony aparat, który naprawił mi znajomy fotograf w Wiedniu. Skąd ten Wiedeń? Mój brat wtedy mieszkał w Wiedniu i współdzielił mieszkanie z fotografem. No i ja tam pojechałem na wakacje, dostałem ten aparat, on mi go naprawił, dał mi trzy czarno-białe filmy i powiedział jak to działa. Tak się zaczęło. Od najzwyklejszych snap-shotowych, streetowych fotografii czarno-białych, w Wiedniu, robionych Olympusem OM2. 

Mam te negatywy do dzisiaj i to jest taka czysta streetowa fotografia, z gatunku „zdziw się” – ja to tak nazywam. Jak coś cię dziwi, to robisz zdjęcie – a ponieważ to był jeden z pierwszych razów, kiedy w ogóle byłem na zachodzie – to dziwiło mnie wszystko. Myślę, że to był ’92-gi rok. Dziś już zupełnie daleko mi do tego rodzaju fotografii.

Bardzo długo było to takie hobbystyczne pstrykanie. Trochę zabijanie czasu. Tak jak granie na gitarze czy kopanie w piłkę. Ale zaczęło mnie to coraz bardziej wciągać i pomyślałem nawet o pójściu na studia fotograficzne. Tylko, że w Polsce były wtedy dwie uczelnie fotograficzne: Poznań – uniwersytet, katedra fotografii i Łódź – filmówka. Do Poznania było mi za daleko – ja już wtedy byłem młodym ojcem, więc nie bardzo chciałem wyjeżdżać. No, a w Łodzi akurat był nabór za dwa lata. I tak poszedłem w zupełnie innym kierunku, bo na germanistykę i ją ukończyłem. A w międzyczasie jako wolny słuchacz kierunku grafika na ASP uczęszczałem do pracowni fotografii. Tam też poznałem profesora Zagana. On również często bywał w Wiedniu więc mieliśmy temat do rozmów, przez co profesor polubił mnie i udzielał indywidualnych lekcji. Po za tym większość ludzi na grafice traktowała tą fotografię po macoszemu, jak coś co trzeba zaliczyć, a ja byłem pasjonatem. Przychodziłem tylko na te zajęcia z fotografii, więc mnie traktował jako takiego rodzynka. I tak chyba zostałem fotografem.

fot. Michał Korta, zestaw z serii The Painter’s Notebook, © 2017.

ASP – pytanie z gatunku tych, czy to pomaga, czy nie pomaga. Niektórzy twierdzą, że artystyczne szkoły fotograficzne zabijają kreatywność   i kierunkują młodych artystów w taki sposób, w jaki oddziałują na nich wykładowcy. Jak Ty to postrzegasz?

Jest takie zjawisko na pewno. Każda szkoła ma swój charakter. Ludzie jeżdżą do Opawy, na „Filmówkę”, do Akademii Fotografii, czy Akademia Nikona. Każda z tych szkół ma zupełnie inny profil przez to jacy ludzie w niej uczą i jaka jest filozofia szkoły. Jest takie niebezpieczeństwo, że może nam zostać narzucony sposób patrzenia i myślenia, natomiast, jeśli ktoś w pewnym momencie sobie sam odpowie na pytanie co by chciał robić, to myślę, że wtedy nawet szkoła nie zrobi mu krzywdy. Wręcz może powstać nowa jakość, super mix. Uważam, że takie miksy są super zdrowe dla głowy i dla twórczości. Tak jakby wykraczały nawet poza nasze wyobrażenie samych siebie. Trochę w myśl zasady “uważaj czego sobie życzysz, bo może się spełnić”.

A jak z Tobą było?

Ja na początku nie dzieliłem fotografii na kategorie. Po prostu były dwa rodzaje fotografii – taka, która mi się podoba i taka, która mi się nie podoba. I przez długi czas bezrefleksyjnie robiłem fotografię „zdziw się”, albo “sprawdź co będzie”. Mam wrażenie, że ja do dzisiaj jestem taki trochę nie określony. Przez długi okres czasu miałem z tym problem, a raczej klienci mieli z tym problem, również dla odbiorców był to czasem problem. Bo nie potrafią sklasyfikować sobie fotografa którego znają, albo którego prace oglądają. Dzisiaj już w zasadzie jestem z tym pogodzony i robię to na co mam ochotę, albo to na co mam flow. Po prostu w ciągu jednego miesiąca mogę robić dwa całkiem różne projekty. To mi się zdarza i nie jest to problemem dla mnie. Natomiast nie wiem czasem może dla jakich odbiorców to jest. 

Przechodziłem przez różne etapy. Na akademii, u profesora Zagana więcej pisałem niż robiłem zdjęć, co wtedy mi się nie do końca podobało. Chciałem wtedy relacji mistrz-uczeń, praktyk.

Później zaczęła interesować mnie fotografia reklamowa, żeby rzeźbić tą fotografią to co chcesz, w sensie żeby wszystko co sobie wyobrazisz móc urzeczywistnić. To wtedy było  moim celem. Teraz kiedy technicznie jestem w stanie wykonać wszystko (w sensie jakby przyszedł do mnie klient i powiedział: „Chciałbym coś takiego” i pokaże mi zdjęcie,  to zakładam, że w 99% przypadków jestem w stanie to zrobić – jeżeli tylko będzie odpowiedni budżet) przestało mnie to  interesować. Po opanowaniu rzemiosła przestało mnie ono interesować. I w tej chwili interesuje mnie przede wszystkim idea, treść. Czuję w tej chwili swobodę i mogę się poruszać w bardzo szerokim spektrum – od fotografii ultra komercyjnej, reklamowej, jakiejś high-endowej, po brudne, poruszone, nieostre, impresjonistyczne klimaty. Swobodnie dobieram formę do treści. 

No więc, na początku zaczynałem chyba jako taki pasjonat reklamowo-komercyjnych klimatów. Później pracowałem dla 2+3D – czyli robiłem design, czasem miałem jakąś możliwość eksperymentów, ale w większości robiłem po prostu to czego potrzebowała dana redakcja lub klient. W agencji reklamowej dużo robiłem fotografii produktowej i portretu. Tam też wiele się warsztatowo nauczyłem. I tam właśnie stwierdziłem, że chyba najbardziej lubię pracować z ludźmi, że chciałbym się zająć portretem i pójść w tą stronę, co okazało się słuszne. Dobrze się czuję w portrecie, lubię pracować z ludźmi, lubię tą energię, tą niepewność i tą wymianę energii bo to nie jest jednostronna wymiana. 

Czego szukasz?

W którymś momencie, zajmując się tą komercyjną fotografią, produktową fotografią i później portretem, stwierdziłem, że chyba chciałbym robić więcej autorskich projektów. I w tej chwili, już od ładnych chyba 10 lat idę tak dwutorowo. Czyli mam fotografię komercyjną, zazwyczaj portretową,  z której staram się utrzymywać, plus projekty autorskie, które często zahaczają o portret, ale nie zawsze. To są takie moje dwie najważniejsze w tej chwili dziedziny. 

Czego szukasz w portrecie?

Czego szukam w portrecie? To się chyba zmienia. Ciągle szukam czegoś innego. Miałem takie okresy, gdzie szukałem konkretnych rzeczy, które na jakimś etapie były dla mnie ważne. Ale to się nieustannie zmienia. 

Nie wiem, teraz gdybym miał zdefiniować, bardzo nie lubię definiować, ale gdybym musiał, to bym powiedział, że szukam niedopowiedzeń. Niedopowiedzenie w portrecie uczy otwartości na interpretację danego portretu. Myślę, że taki brak zamknięcia robi dobrze przy odbiorze. To często są niuanse. Może są to trochę czyste frazesy, ale szukam charakteru, szukam autentyczności, czasem prawdy, treści, jakiejś historii albo symboliki. Przy dzisiejszym zalewie “ładnych” portretów w sieci, z trudem można znaleźć te, które niosą jakąś treść.  

Kiedy prowadziłem dużo warsztatów, to mówiłem ludziom na nich, że kiedyś szukałem piękna, że chciałem pokazać to wewnętrzne piękno człowieka. Potem bardziej zacząłem szukać prawdy. Piękno i prawda mogą czasem występować w pięknej synergii, ale czasem to są zupełnie odrębne rzeczy. Dziś oscylowałbym w kierunku idei, konceptu, albo esencji… Przeczytałem kiedyś zdanie, że należy “nieustannie modyfikować swoją ideę” – jakoś się to do mnie przyczepiło. 

No więc, czasem odbijam w stronę idei, która stoi za danym człowiekiem, albo za tym co on robi. Są to poszukiwania – można powiedzieć – takie trochę ezoteryczne. Krążące na poziomie energii i emocji, wyobrażenia o danym człowieku, czy jego osobie.

Portret jest bardzo kompleksowym rodzajem fotografii i czasami jest trudno pokazać coś nowego. To jest bardzo trudne. Możesz pokazać nową formę, ale żeby wyciągnąć coś więcej, połączyć tą formę i treść, a jednocześnie być w jakiś sposób innowacyjnym to jest dzisiaj cholernie trudne.

fot. Michał Korta, portret nieznanego chłopca, Paryż © 2018

Mówi się, że wszystko już było. Jednak kiedy ogląda się zdjęcia w internecie to okazuje się, że jednak można coś nowego wymyślić.

Jasne, że tak. Ja cały czas próbuję, cały czas drążę i eksperymentuję, natomiast trudno jest o jakiś wielki przełom, o jakiś kamień milowy. Od ładnych paru lat marzę o tym, żeby mnie ktoś wysłał na miesiąc do klasztoru, żebym mógł – bez telefonu, komputera, nawet bez książek – po prostu pobyć z „wewnętrznym inputem”, który będzie na mnie wpływał. Żyjemy w bardzo obrazkowym świecie, który nas atakuje.

Ale, to tak żeby się wyciszyć? Czy żeby pracować?

Nie, tak żeby nic nie robić, żeby po prostu spacerować i nie rozmawiać, mieć jak najmniej kontaktu z ludźmi, z rzeczami, z myślami zewnętrznymi i żeby się tak do środka zagłębić. To jest moje marzenie. Nie mogę sobie na to pozwolić z wielu względów ale może kiedyś może się to uda.

Bardzo dużo oglądam, mam folder z inspiracjami, który ma ileś tam tysięcy plików, mam swój taki work-flow, jeśli chodzi o portret. Mam pewien proces dochodzenia do pomysłu, do bohatera,  do realizacji. To jest coś, co sobie wypracowałem, natomiast bardzo chętnie bym spróbował czegoś odwrotnego. Żeby zapomnieć o tych wszystkich procesach, o tym wypracowanym work-flow. Zatopić się tylko w sobie i zacząć od zera, taka tabula rasa myślowa i też jeśli chodzi o inspiracje. To jest trudne, żeby bez żadnych zakładek i matryc w głowie umieć zauważać rzeczywistość. 

Paradoksalnie często ktoś, kto jest dobrze wyedukowany, jest też bardzo mocno sprofilowany, to trochę się wiąże z tym co powiedzieliśmy o tych szkołach, że im jesteś bardziej świadomy tego co już było w sztuce, historii, historii portretu, portretu w fotografii, w malarstwie, tym trudniej jest mu się zdobyć na eksperymenty. Możesz bazować na historii sztuki i fotografii, ale trudniej jest o takie naprawdę szalone eksperymenty kiedy zrywasz kompletnie z wszystkimi regułami i idziesz nie o pół kroku dalej, tylko 10 kroków, albo 100, albo w zupełnie inną stronę.

To o czym mówisz jest najbardziej charakterystyczne dla ludzi, którzy dopiero zaczynają, albo dzieci. One nie mając świadomości mogą naprawdę zrobić wszystko.

Tak dokładnie, albo dla ludzi z innej kultury, którzy nie mają komputerów, żyją gdzieś w dżungli w zupełnie innej rzeczywistości. 

Ale masz rację, dzieci są bardzo dobrym przykładem, one czasem coś powiedzą banalnego co cię tak wytrąca z tego porządku, który dla ciebie jest naturalny i jedyny.

Pamiętasz, był taki projekt, chyba przez Gazetę Wyborczą prowadzony, to jeszcze w latach 90-tych, albo na przełomie millenium. Dzieci w Bieszczadach, które nigdy nie miały w ręku aparatu dostały kompakty i przez dwa tygodnie miały robić zdjęcia. Te fotografie były później prezentowane, już nie pamiętam, czy w formie wystawy czy publikacji. Ale pamiętam, niektóre zdjęcia były rewelacyjne.

Takich projektów było kilka i były takie projekty robione w dżunglach Amazonii, więc to jest chyba nawet ciekawsze bo u nas dzieci – tu w Europie – wszystkie wiedzą co to jest fotografia, nawet jak nie miały do czynienia z nią. Jak im powiesz fotografia, zdjęcie, odbitka czy plik to mają pojęcie co to takiego. A myślę że, są tacy ludzie, którzy nie wiedzą co to jest aparat fotograficzny, nie mają świadomości obrazu, nie mają może nawet lustra i nie widzieli swojego odbicia. Więc to może być fascynujące, jak tacy ludzie postrzegają świat.

fot. Michał Korta, I’m talking to you, © 2017

Już o tym wspominałeś, że przeszedłeś od fotografa rzemieślnika, do fotografa poszukującego idei, czyli bardziej do artysty fotografa. Z resztą te projekty, które teraz robisz, to w zasadzie są mocno artystyczne. Chciałem zapytać, czy te projekty to ściśle opracowane koncepty, czy raczej spontan?

Różnie, ja zwykle jestem w kilku, do kilkunastu projektach w tym samym czasie. 

Robię teraz bardzo duży projekt – mówiąc tak bardzo w skrócie – o Polsce i o drzewach, albo przez pryzmat drzew opowiadam o Polsce. To jest materiał, nad którym pracuję już ponad cztery lata i mam już ok 6 tyś zdjęć, ale to jest cały czas otwarte. W ogóle coraz więcej miejsca w moich zdjęciach zajmuje natura. Samego mnie to dziwi. Ale kiedy spojrzysz na ten projekt o drzewach (Weeping Willows – tytuł roboczy) to zobaczysz, że tam tak na prawdę chodzi o ludzi i o to co robimy z drzewami. Więc mimo tego, że pokazuję drzewa, to opowiadam o społeczeństwie.

fot. Michał Korta, zestaw z serii Weeping Willows, © 2012-2020

Mam też takie projekty jak np. Stardust, który zupełnie spontanicznie się pojawił. To jest tak, że to była kwestia kilku dni, właściwie robiłem to na konkurs. Trzy dni przed upływem terminu składania prac stwierdziłem, że coś takiego chciałbym zrobić. To jest tak, że niby wymyśliłem, w ciągu paru dni i zrealizowałem pierwsze zdjęcia, natomiast to na pewno jest suma wszystkich doświadczeń, myślenia, czytania i posiadania głowy cały czas w trybie kreacji. Najczęściej u mnie jest tak, że pewne rzeczy orbitują gdzieś dookoła i potem tylko się krystalizują pod wpływem jakiegoś impulsu. Czasami, to trwa kilka lat, a czasami są to momenty, dni, tygodnie. Mam w sobie takie pomysły, które przez kilkanaście lat dojrzewają, albo krążą i nigdy się nie krystalizują.

fot. Michał Korta, zestaw z serii Stardust, © 2019

Te rzeczy, które robię, są na różnym etapie zaawansowania. Z resztą na mojej stronie http://www.kortastudio.pl, chyba każdy projekt jest „comming soon”, tak jakby on ciągle jeszcze trwał i był otwarty. I do niektórych faktycznie wracam, jak np. do The Shadow Line – jest  on projektem, który niby skończyłem i był pokazywany w Galerii Piekary w Poznaniu – ale potem do niego wróciłem i właściwie cały czas do niego powstają nowe zdjęcia. Tak samo jest z serią Painter’s Notebook pokazywaną w Berlinie w 2018 r.

Ale są też w moim portfolio serie zamknięte i one już nie rosną, nie będą rosły, no chyba to tak działa, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Jest różnie. To jest tak jak z wizualnością tych projektów. 

Więcej czasu poświęcasz fotografii komercyjnej, czy swoim autorskim projektom? 

Przez większość mojej kariery zawodowej było tak: 90 % fotografia komercyjna, a 10% projekty autorskie. A dzisiaj, a właściwie od ładnych paru lat jest zupełnie odwrotnie: 90% czasu zajmują  moje projekty autorskie, a 10%  projekty komercyjne. Nie jest to łatwe bo to komercyjne zlecenia finansują w dużej mierze te drugie. 

To bardzo mocno wpływa na moje finanse, ale chyba w ten sposób jestem bardziej szczęśliwy, spełniony i mam głowę spokojniejszą, w sensie takiego zadowolenia z tego co robię.

Jak Ty się w ogóle czujesz na polskim rynku fotograficznym?

Trochę jako kompletny outsider. Gdybym chciał się zajmować tylko fotografią portretową to powinienem mieszkać w Warszawie, albo w Nowym Jorku, albo w jakimś Mediolanie, czy Paryżu. A jak wiesz, od paru lat mieszkam w Bochni. Moja mama była chora, ostatecznie zmarła, a ojciec  jest w mocno zaawansowanym wieku, więc chcę być jakoś bliżej domu rodzinnego. No i to też na pewno kształtuje tą całą moją orbitę fotograficzną. Nie jestem w stanie – nawet gdybym chciał – dwa razy w tygodniu być w Warszawie. Ale czy to jest wycofanie się? Nie wiem. Ja chyba cały czas się traktuję jako fotografa poszukującego. Cały czas, codziennie rano zadaję sobie pytanie: Jakim fotografem jestem, jakim fotografem chciałbym być. W którą stronę chciałbym iść. Mam wrażenie, że aktualnie bardziej jestem “w” rzeczywistości, spokojnie ją obserwuję i uczę się ją akceptować, bardziej niż ją fotografować. Wydaje mi się to ważne. Ale wiem, że to nie potrwa długo. 

Ostatnio też coraz więcej piszę. Napisałem książkę dla dzieci o fotografii, rozmawiam aktualnie z wydawcami. Od wielu lat pracuję też nad esejami o fotografii, takie myśli przy pracy nad projektami, z punktu widzenia fotografa. Bo czasem przy okazji jednej rzeczy dochodzi się do ciekawych idei pobocznych i one gdzieś umykają. A może okaże się, że to książka fotograficzna, w której 90% to teksty? To mój nieustający projekt, nie wiem tylko czy kiedyś odważę się to opublikować?   

fot. Michał Korta, Bez tytułu (#0003230) z serii The Shadow Line, © 2012

Czyli ważna jest droga nie cel?

Myślę, że dobrze mieć cel. Czy ważna jest droga, to się okaże na końcu tej drogi. Należy przestać dramatyzować, nie myśleć za dużo i zacząć coś robić.

Wiemy o tym, że rynek jest przesycony, jest dużo fotografów, rynek fotografii artystycznej w Polsce generalnie wygląda słabo. Chciałem Cię zapytać o fotografię kolekcjonerską, bo w tej chwili coraz więcej osób zaczyna patrzeć właśnie na fotografię artystyczną w ten sposób. Przerzuca się trochę na sprzedaż zdjęć artystycznych, nie do magazynów modowych tylko na portalach gdzie prezentuje się fotografię kolekcjonerską. To chwilowy trend, czy sposób na zarabiania pieniędzy?

Nie wiem, wydaje mi się, że to jest pytanie bardziej do tych co zbierają, albo kolekcjonują fotografię. Gdyby mnie było stać, to też bym chciał mieć parę fotografii, kilku polskich fotografów. Myślę, że to są równolegle światy, które się nie wykluczają i fajnie że są, że jest takie duże spektrum możliwości. Magazyny były, są i będą, internet teraz też dużo zgarnia. Natomiast obcowanie z odbitką na ścianie, jest zupełnie innym doznaniem i do takich rzeczy, które wiszą na ścianie można fajnie dojrzewać, rozwijać się razem z nimi, to nie jest coś co jest jednorazowe. To jest proces, który trwa. Mając jakąś pracę w kolekcji ona może w różnych okresach Twojego życia różnie oddziaływać i zmieniać wypowiedź. Mało tego, przecież miejsce w którym ta praca jest też może się zmieniać i to również może zmieniać jej odbiór.

Ale to jest trochę tak, jak mnie pytałeś czego szukam w portrecie. Niedopowiedzenie, ten margines, przestrzeń miedzy wierszami jest chyba najbardziej fascynująca w tej chwili dla mnie i myślę, że w przypadku odbitek do tego dochodzi jeszcze jedna dodatkowa warstwa. Namacalności obiektu fizycznego. Trzymanie dobrej odbitki w rękach i przyglądanie się jej z bliska, patrzenie na nią w różnym świetle, może być na prawdę fascynujące. Wydaje mi się, że to jest arcyciekawe. Jest genialne. Inna sprawa jak to działa w Polsce. Ilu tych kolekcjonerów jest, jakie są ceny, jaki jest rynek? Cieszę się że w ogóle jest. Natomiast myślę sobie, że to nasza – fotografów – w tym rola żeby wyedukować ludzi i żeby oni mieli po pierwsze wybór, a po drugie, wiedzę. Nie czuję się specjalistą, jeśli chodzi o kolekcjonowanie czy wypowiadanie się nawet tutaj w tej kwestii. Jakby mnie było stać, to chciałbym mieć na ścianie fajne fotografie polskich i nie tylko polskich fotografów. 

fot. Michał Korta, czaszka z serii The Shadow Line na wystawie Fotografia Kolekcjonerska w Galerii Starmach, Kraków 2017

Robisz warsztaty, spotykasz się z różnymi adeptami fotografii. Czy widzisz wpływ tego co jest w internecie na tych ludzi, którzy zaczynają swoją przygodę z fotografią?

Myślę, że jest ogromny, przede wszystkim można to zauważyć w jednowymiarowym podejściu do fotografii, tym czego ludzie chcą się nauczyć i co później publikują.

Rzadko można spotkać teraz takie samorodne talenty. Ten wpływ Instagrama czy Facebooka jest tak ogromny, że takie osoby giną w tej insta-papce. Przetwarzamy tylko te zdjęcia które mają zrobić „efekt wow”, ale i tak po 30 sekundach o nich zapominamy. Z jednej strony to jest bardzo demokratyczne medium, możesz z każdego miejsca na ziemi bez kosztów publikować, oglądać, przyswajać, nawet może się czegoś nauczyć, ale z drugiej strony jest to obcinanie dolnych i górnych rejestrów. Widzimy bardzo powierzchownie, a nad kontekstem czy historią już w ogóle się nie zastanawiamy. Tak jak filmy na NETFLIX-ie. Seriale, jak oglądałeś pierwszy, drugi czy trzeci, nawet jeśli były bardzo różne, to były dla Ciebie atrakcyjne. Każdy miał coś innowacyjnego. Ale jak oglądasz siódmy, czy piętnasty, znasz już sposób budowania narracji, napięcia, warstwa wizualna również mniej zaskakuje, znasz już te wszystkie triki bazujące na odruchach i impulsach. Bardzo rzadko się zdarza, żeby zobaczyć tam coś super oryginalnego.

Pytam Cię o to, ponieważ ja bardzo często spotykam się z tym, że młody człowiek pokazuje mi zdjęcie z instagrama wątpliwej wartości wizualnej i mówi: ”Takie chciałbym robić. To mi się podoba”. A ja na to odpowiadam: „Nie, to w ogóle nie w tą stronę. To jest zła fotografia. Musisz iść w ogóle w odwrotnym kierunku”.

Trzeba umieć znaleźć sobie takich „middle man-ów”, pośredników. Ludzi, którzy Cię zainspirują. Bo może się zdarzyć, że jak masz odpowiednich ludzi, którzy zadadzą Ci odpowiednie pytanie, którzy Cię w odpowiedni sposób zainspirują, to pójdziesz w odpowiednim kierunku i stworzysz coś ekstra. 

To jest trudne pytanie i też chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi. 

Pytanie też, co ty z tym zrobisz? Jak małpa dostanie kawałek węgla, to się co najwyżej pobrudzi, a jak świetny grafik dostanie kawałek węgla, to jest w stanie zrobić świetną rzecz.

fot. Michał Korta, Radical Self-Portrait, © 2018.

Jeszcze na koniec zapytam Cię o galerię (w Bochni). Udało się, czy się nie udało?

Cały czas rozmawiamy, ale mam wrażenie, że robimy dwa kroki do przodu i jeden w tył. Czyli generalnie idzie do przodu, ale bardzo powoli. To są zwykłe urzędnicze decyzje, w których trudno wytłumaczyć, że masz wizję. A ja uważam, że jak ktoś ma wizję, to trzeba to wykorzystać. Kurcze, to na prawdę ma wielki społeczny potencjał. W każdym razie zapadły pozytywne decyzje, pandemia może to spowolnić, ale jestem dobrej myśli.  

Teraz mam jeszcze inne pomysły na formułę w jakiej miałaby funkcjonować ta galeria. Rozmawiam z ludźmi, wszystko się dzieje, to jest na razie tak nie pewne i tak rozgrzebane, że ciężko coś o tym mówić. Chciałbym, aby ta galeria powstała. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to w ciągu kilku, może kilku nastu miesięcy ona powstanie. Przepraszam, źle to ująłem, wiem, że ona powstanie, z pomocą urzędów lub bez, tu albo gdzieś indziej ale powstanie 🙂

Bardzo mnie cieszy myślenie o tym. Ja nie chciałbym tam pokazywać tylko swoich prac. Podoba mi się myśl, że ja będąc na rynku już długo, mam dużo znajomych i znam fotografów osobiście, znanych fotografów z Polski ale też z Japonii, Włoch czy Stanów czy Ukrainy, którzy robią świetne rzeczy i których mógłbym zaprosić, tak po koleżeńsku i pokazać ich projekty. To jest mega ekscytujące, że to się może kiedyś zacząć dziać. A jeszcze do tego dochodzi taka myśl, trochę, mówiąc może szumnie, rewolucyjna i idąca pod włos, żeby fajne rzeczy pokazywać na prowincji. 

Czy to jest rewolucyjne?

Łatwiej jest zrobić coś takiego w Warszawie czy Krakowie, niż w miejscowości, która ma trzydzieści tysięcy mieszkańców, tak jak Bochnia. 

W tym sensie, że łatwiej jest pokazać dużego artystę, albo zorganizować sponsorów, znaleźć firmy, partnerów i zogniskować wszystko w jednym miejscu. Bo tam jest po pierwsze zapotrzebowanie, lepsze zaplecze, no i co zrozumiałe frekwencja. 

Nie patrze na to w ten sposób. 

Wiesz o co chodzi, Roling Stone’s nigdy nie zagra w małej miejscowości. 

Kilka lat temu w Lublinie była wystawa  Sebastiao Salgado. 

Super rzecz, słyszałem o tej wystawie, nie byłem na niej, ale ja widziałem jego wystawę w Paryżu, więc tam się nie wybierałem.

Fantastyczna ta wystawa była. Znakomicie przygotowana, w genialnym miejscu. I nie Kraków czy Warszawa, ale Lublin. 

Tak, to są świetne inicjatywy, ja jestem absolutnie za. Są miejscowości jak Bielsko-Biała, Rybnik, czy właśnie Lublin gdzie się fajne rzeczy fotograficznie dzieją.

Kumulacja życia artystycznego w Warszawie chyba nikomu nie służy.

No trochę tak jest, siłą rzeczy. Wiadomo, że obecność większości wydarzeń artystycznych w stolicy wynika z logistyki, instytucji, pieniędzy i możliwości ludzi, ale to nie znaczy że tak to powinno wyglądać. Absolutnie mniejsze ośrodki również powinny mieć równy udział w kulturze. 

Zrobiliśmy kiedyś z Art & Salt plenerową wystawę portretów w Bochni. Powiesiliśmy 33 wielkoformatowe plakaty na szarym murze stadionu miejskiego. To nie były jakościowe odbitki, zwykłe czarno białe wydruki z plotera, które miały moknąć i odchodzić od tego muru. Ale to było ciekawe, przyjeżdżali ludzie spoza Bochni, ale też babcie przechodzące z siatami, które nigdy by do galerii nie przyszły zatrzymywały się, oglądały zdjęcia i czytały co tam jest napisane. To w ogóle było genialne, że ci ludzie nigdy by nie pojechali na wystawę do Warszawy. Nigdy by nie weszli do galerii nawet gdyby była w Bochni. A ponieważ to było w przestrzeni publicznej, tam gdzie oni codziennie przebywali, to mieli okazję skupić na tych moich pracach swoją uwagę. To było cudowne. Była wizja i udało się ją zrealizować.

Plenerowa wystawa Portrety na murze stadionu miejskiego w Bochni, 2015 r.

Czyli będzie galeria? 

Tak. Może się okazać, że to nie będzie w Bochni i nie już, ale jestem pewien, że tak. Ja nie wiem co ze mną będzie. Za dwa lata mogę być gdzieś w Afryce, albo w Azji. Mam duże ciśnienie na Afrykę ostatnio. Byłem kilka razy, ale chciałbym pojechać na dłużej. Może się zdarzyć, że jednak tam. Tak sobie gdybam. Życie, nic nie wiadomo na pewno. 

A gdzie do Afryki?

Afryka to jest wielkie pojęcie geograficzne, ale nie ma to dla mnie większego znaczenia. Ważna jest tamta energia. Czasami myślę, że Europa jest skończona. Właśnie zobaczyliśmy nasza integralność, kiedy na czas pandemii zamknięto granicę. Tak bardzo określona i sformatowana, że nie ma miejsca na zwykłe życie. Bardzo mnie kręci Afryka Zachodnia, dawne francuskie kolonie. To są fajne rejony Sahelu, Burkina Faso, Mali. Chciałbym tam kiedyś pojechać. A wiadomo jak to ze mną jest, jak już gdzieś pojadę, to pewnie przywiozę jakiś projekt. Tego mi życzcie.  


Z Michałem Kortą rozmawiał Marcin Pycha. A więcej zdjęć naszego gościa możecie znaleźć na jego stronie internetowej


Jeśli podoba Ci się ten wywiad, wesprzyj nasze działania.


2 myśli na “Zwolnić do zera – rozmowa z Michałem Kortą”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *